Jak powstała moja pierwsza książka

Facebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedintumblrmailFacebooktwittergoogle_plusredditpinterestlinkedintumblrmail

Oto wpis jaki jestem winien głównemu blogerowi Elimu.pl – Pawłowi, który mnie zdopingował i przekonał, że pisanie książek wcale nie jest zarezerwowane dla wybrańców :).

Dawno dawno temu zapytałem na Goldenline, czy ktoś jest na tyle popaprany aby stworzyć serwis ze screencastami. Zgłosił się jeden szaleniec, który co prawda nie nagrał ani jednego pokazu dla elimu.pl, ale za to zdeklasował mnie jeśli chodzi o ilość wpisów na blog.elimu.pl. Jeśli chodzi o ilość książek wydanych w Helionie, to też nie ma się czego wstydzić.

Ten właśnie kolega jest pośrednio winny mojej współpracy z wydawnictwem. On dał mi telefon i maila do pani Ewy, z którą współpracowałem podczas pisania.

Znakiem czasów jest to, że żadnej z tych osób nie widziałem nawet na oczy – wszystko załatwiliśmy telefonicznie, mailowo i listownie.

Wracając do książki. Po kilku mailach z panią Ewą, okazało się, że Helion chętnie wyda cokolwiek o Drupalu, bo luka na rynku pogłębia się z każdym miesiącem, proporcjonalnie do wzrostu popularności systemu w Polsce. Postraszyła mnie jeszcze tym, że jeśli szybko nie oddam umówionych 450 stron materiału to wyprzedzi mnie bliżej niezidentyfikowane tłumaczenie zachodniej książki.

Nie było chwili do stracenia. Zabrałem się do roboty i… ogrom zadania mnie sparaliżował. Po pierwszych 2 rozdziałach, które napisałem w 2 dni, jakby w transie, i które zostały zaakceptowane przez Helion jako wystarczająco przekonująca próbka do podpisania ze mną umowy, nadszedł kryzys.

Jak pisać? Jak numerować rysunki? Jak zaznaczać tytuły punktów? Jaki format ma mieć plik? Jak zbudować indeks? Tysiąc pytań i wątpliwości.

Pomijam już sam fakt, że następne 400 stron pojawiało się pod klawiaturą w żółwim tempie. Robota momentami paliła mi się w palcach a czasami przez tydzień nie mogłem ruszyć do przodu.Popełniałem głupie błędy nowicjusza, które powodowały czasem konieczność przepisania połowy rozdziału, który miałem już niemal ukończony – a to cholernie demotywuje.

Może i szybciej bym ukończył całe dzieło, gdybym nie pracował, nie miał żony i córki, nie odwiedzali mnie przyjaciele i rodzina. Gdybym był pustelnikiem żywiącym się powietrzem, wodą i słońcem. Niestety – na pisanie miałem zazwyczaj 2-3 godziny dziennie. Zwykle między 23 a 2 w nocy, idealna pora dla nocnych marków. Oczywiście, jeśli wstają około obiadu a nie o 5:30, żeby dojechać 40km do pracy. Ciężko się egzystuje śpiąc przez kilka miesięcy średnio 4-5 godzin na dobę. Pomocne było wypicie przez wieczór 3 kaw z cukrem, popartych tabliczką czekolady. Po drodze do pracy nie raz przydawał się jakiś redbull czy tiger, tak samo powrót do domu.

Najlepszym dowodem na to, że walka z własnym ciałem i niewyspaniem nie była łatwa niech będzie to, iż kilkukrotnie zasypiałem nad klawiaturą. Po ocknięciu się odkrywałem, że kilka bądź kilkanaście słów napisałem przez sen, odpowiadając na nieistniejące maile czy pisząc na wirtualnym gadugadu. Oczywiście nie znajdziecie tych majaczeń w książce! 😀

Koniec końców doszło do tego, że moja najlepsza życiowa towarzyszka kilka razy pojechała z dzieckiem na 1, 2 bądź 3 dni – a to do babci a to do mamy a to nad morze. W ten sposób dała mi czas na nadgonienie terminów, które i tak przesunęły się o około 2 miesiące względem pierwotnych założeń. Bez tych kilkunastu dni, jakie mi zafundowała, pewnie nie dałbym rady – stąd i dedykacja należała się moim dziewczynom bez żadnej dyskusji. Kiedy wyjeżdżały robiło się jakoś zimniej, zatem zdradzę wam jedną z tajemnic mojego warsztatu – zdjęcie poniżej prezentuje stanowisko pisarza w zimie, kiedy nie chce się człowiekowi nawet wyjść po drewno do kominka :).

Sam finisz przypominał raczej doczołganie się do mety niż sprint. Przenumerowanie wszystkich rysunków, przejrzenie wszystkich odnośników, literówek, przypisów. O ja durny, dlaczego nie robiłem tego na bieżąco?! Zaoszczędziłbym sobie tydzień pracy! Potem jeszcze korekta językowa. Jeśli myślicie że obyło się bez poprawienia około 100 rysunków to grubo się mylicie. Teksty na screenshotach również podlegają korekcie :). Na szczęście miałem wiele kopii bazy z różnych okresów pisania książki, zatem mogłem się cofać i poprawiać co tylko było konieczne.

Ostatecznie książka ukazała się ponad miesiąc temu i od tego momentu mogłem nacieszyć wzrok jej widokiem na półce i rosnącej pozycji w TOP20. Dotarcie do 2 pozycji (na moment pisania tego wpisu) uważam za sporą niespodziankę, a sprzedaż ponad 500 egzemplarzy  w pierwszym miesiącu za ogromny sukces. Mogłem wreszcie odetchnąć i nie martwić się, że kupi to garstka zapaleńców udzielających się na drupalowych forach (czyli 20 sztuk) plus, żeby mi nie było smutno, rodzina (10 sztuk).

Czy teraz, wiedząc jak to jest, podjąłbym się napisania tej książki. Rozsądek mówi – absolutnie nie! Czy jednak mógłbym się powstrzymać? Widok książki na półce w księgarni daje podobną frajdę co wyjście na scenę z gitarą (a to mi się kilka razy w życiu zdarzyło) i chyba rozsądek niewiele miałby do powiedzenia :).

Krzysiek Palikowski

Ryba w Webie. Uzależniony od sieci, kawy, Drupala, muzyki i pierogów.

More Posts - Website - Twitter - Facebook - LinkedIn - Google Plus